Wygląda na to, że, trochę przypadkiem, wylądowaliśmy w całkiem miłym miejscu. Nasz kemping jest cudnie położony – nad samym jeziorem, na wysokim brzegu, ale z bezpośrednim zejściem na żwirową plażę. Dookoła świetny widok na wodę i otaczające ją wzgórza i dalej wyższe góry. Cisza i spokój.



Strefa dla kamperów jest wyżej i w sumie nas jakoś tak super nie zachwyciła – taki żwirowy parking z super widokiem, ale podobno to jest właśnie to, co „kamperowcy” lubią najbardziej. Nasz namiot staje nieco niżej już na eleganckiej trawce, tuż obok plaży.



Kempingiem i terenem dookoła zarządza bardzo gościnny i „ogarnięty” Danilo wraz rodziną. Wśród gości cały przekrój „elementu kempingowego”: Niemcy w wypasionych kamperach i bardziej podstawowych kampervanach Volkswagena, offroadowcy z Krakowa, śpiąca w samochodzie para ze Słowenii, Szwajcar w pojeździe będącym zaadoptowanym na kampera terenowym wozem strażackim do zadań specjalnych(!), rodzinka z Izraela, która postanowiła zwiedzić cały świat itd., itp. Większość zatrzymuje się na jedną lub dwie noce. Jedynie rodzina z Izraela zostaje… aż im się znudzi i pojadą…, gdzie ich poniesie 😉 My też zostajemy nieco dłużej – aż cztery noce. A powód jest prosty – chyba osiągnęliśmy „wakacyjny zen”, idealny stan spełnionego relaksu, kiedy przestajesz się spieszyć, gonić za wrażeniami i łapiesz się, że drugą godzinę gapisz się na drzewo bujające się nad taflą wody 🙂 🙂 🙂

Lubię takie miejsca. Mogłoby wydawać się, że każdy jest tu totalnie z innej bajki. Mówimy w różnych językach. Różni nas cel podróży, jej charakter. Jedni odkładali na tę podróż wiele miesięcy, dla innych jest to 10. tego typu wyjazd z tym roku. Jedni podróżują samotnie, inni są na romantycznym wypadzie we dwoje, a jeszcze inni ciągną gromadę dzieci, pół domu i psa. I jednak jest coś, co niemal wszystkich łączy – taki kempingowy gen. Zawsze spotkasz kogoś, z kim będzie można wdać się w małą pogawędkę czy podzielić się radami na dalszą podróż. Zawsze znajdzie się ktoś, kto dołączy się wieczorem do ogniska lub w ciągu dnia do zabawy na SUPie. W zdecydowanej większości da się dogadać w lepszym lub gorszym angielskim. W pozostałych przypadkach pozostaje ciekawa improwizacja 😉







I tak dowiadujemy się, że:
- ulubionym kierunkiem off-roadowców z Krakowa jest ostatnio Rumunia, więc nasza mapa ciekawych punktów w tym kraju, znacząco się wypełnia 😉
- Babcia Yael z Izraela urodziła się w Łodzi. I może namówiłam ich, żeby w trakcie europejskiej części swojej podróży odwiedzili również Polskę. Na razie w trakcie kilku miesięcy byli w Tajlandii i Indiach, a przejazd przez Europę zaczęli w Niemczech i przez Austrię, Słowenię i Chorwację dojechali do Czarnogóry.
- W Bośni naprawdę można jeszcze spotkać pozostałości pól minowych – to akurat z mrożącej krew w żyłach opowieści motocyklistki z Austrii
- Zarówno Słoweńcy, jak i Polacy są w stanie ‚tyle-o-ile” zrozumieć się z Czechami, gdy każdy będzie mówił tylko w swoim języku. Ale już Słoweńcy z Polakami słabo. Za to chorwacki szło nawet zrozumieć.
- We wszystkich krajach byłej Jugosławii da się dogadać mixem chorwackiego i serbskiego (quasi-językiem serbsko-chorwackim) – dotyczy to również młodych osób, którzy urodzili się w latach 90. lub później.
W trakcie naszego pobytu udało nam się rozwikłać zagadkę, która nurtowała nad od samego przyjazdu nad Krupac – jest tu krystalicznie czyste jezioro, piękna przyroda dookoła i jeszcze wszędzie blisko 40 minut jazdy do stolicy, Podgoricy lub nad morze nad zatokę Kotorską i niewiele więcej do serca gór Durmitoru i „czarnogórskiego Zakopanego”, czyli Żabjliaka. A na brzegach jeziora oprócz naszego kempingu i kilku zabudowań w okolicy tamy (jezioro Krupac to sztuczny zalew z lat 50. XX), nie widać tam żadnych innych budynków. Żadnych ośrodków turystycznych, żadnych przystani, żadnych hoteli, nawet prywatnych zabudowań!
„Nasze” jezioro, tama i pobliskie miasto Niksic:


















Rozwiązanie tkwiło w podejrzanym murze, który majaczył gdzieś między krzakami na sąsiednim brzegu. Był to mur posiadłości byłego prezydenta Czarnogóry, Milo Đukanovića. I, zupełnym zbiegiem okoliczności (tu Danilo wymownie puszcza oko), po wybudowaniu willi prezydenta, dostrzeżono w tym terenie wyjątkowe walory przyrodnicze i postanowiono je chronić ustanawiając „green zone” (jakąś formą rezerwatu). Od tego czasu surowo zabroniona jest tu sprzedaż ziemi oraz jakiekolwiek prace budowlane. Poza remontami i przebudować istniejących nieruchomości. Widać, że prezydent Đukanović również docenił okolicę… i że nie lubi sąsiadów 😉
Na szczęście Danilo odziedziczył teren obecnego kempingu po rodzinie i nadal może prowadzić swoją działalność.